Monica

Moje życie przybrało dramatyczny obrót w latach 1992-94

Wybierałam się wówczas, do Afryki, do Mozambiku, aby pracować tam jako pracownik socjalny. Mieszkałam w na wsi, na południu regionu Dalarna w Szwecji. Niedawno straciłam posadę pracownika opieki społecznej w szkole, ze względu na kryzys ekonomiczny jaki dotknął w owym czasie Szwecję. Przygotowywałam się do pracy w stolicy Mozambiku, Maputo, gdzie miałam zajmować się sprawami adopcji.

Jeszcze przed wyjazdem zaczęłam odczuwać problemy z oczami, które stały się bardzo wrażliwe na światło. Pojawiły się również pierwsze niekontrolowane ruchy ciała. Myślałam, że to objawy mojego zdenerwowania nadchodzącą podróżą do Mozambiku. Wspomniałam lekarzowi o niekontrolowanych ruchach ciała, ale mimo to otrzymałam zaświadczenie, że jestem zdrowa.

Najpierw udałam się do Lizbony, gdzie uczyłam się języka portugalskiego, a później wyruszyłam do Maputo. Niekontrolowane ruchy nasilały się po moim przybyciu do Afryki. Straciłam kontrolę nad oczami. Pojawiły się mimowolne skurcze mięśni. Nie mogłam usiedzieć spokojnie więcej niż kilka minut. Po pewnym czasie, skonsultowałam się z lekarką w ambasadzie szwedzkiej w Mozambiku, Nie potrafiła zdiagnozować na czym polega problem. Również podejrzewała, że to objawy nadmiernej nerwowości. Starałam się wykonywać swoją pracę, co było dla mnie ogromnym wysiłkiem. Tymczasem problemy narastały. Zaczęłam tracić kontrolę nad szczęką, a jedzenie sprawiało mi trudność. Nieustannie przygryzałam zębami język i policzki. Stan ten obejmował stopniowo inne części mojego ciała. Miałam problemy ze wzrokiem i z utrzymaniem równowagi. Nie mogłam, utrzymać ciała w bezruchu, moje ręce poruszały się przez cały czas. Pisanie sprawiało mi dużą trudność. Wiele ruchów, które wykonywałam automatycznie od dziecka stało się problemem. Spróbowałam refleksoterapii stóp i akupunktury, ale nic mi nie pomagało.

Nie byłam także w stanie praktykować medytacji, ale cały czas próbowała. Na początku, udawało mi się wytrzymać w pozycji medytacyjnej tylko przez pierwszych kilka minut. Z czasem medytowałam już nieco dłużej. Medytacja przynosiła mi pewną ulgę.

Po roku, wysiłek jaki podejmowałam okazał się dla mnie zbyt duży. Postanowiłam zrezygnować  z mojej misji w Maputo. Wiedziałam, że mój stan był poważny ponieważ nie potrafiłam wyleczyć się metodami, których nauczyłam się jako terapeutka. Posiadam pewne umiejętności lecznicze, ale w moim przypadku okazały się one nieskuteczne. Zdawałam sobie także sprawę, że w tym stanie nie będą mogła kontynuować pracy zawodowej.

Podczas pobytu w Afryce

zaczęłam ponownie malować. Pokazano mi torebki nasienne drzewa różanego i zaczęłam na nich malować. Drzewo różane kwitnie w październiku. Kiedy chodziłam do pracy drogą przez park, korony wielkich drzew były obsypane fioletowymi kwiatami, podobnie jak ziemia pod nimi. Pośród kwiatów znajdowały się brązowe torebki nasienne o wymiarach 6-7 x 5-8 cm. Nie miałam zbyt wiele pracy w domu, ponieważ wszystkim zajmowała się pokojówka. Dlatego w wolnym czasie namalowałam około 100  małych obrazów na torebkach drzewa różanego. Zaprojektowałam także kilka rzeczy, które później uszyła dla mnie krawcowa. W przeddzień wyjazdu z Maputo powiedziałam moim mozambikańskim znajomym, że wracam do domu, aby zostać projektantką. Miałam na myśli bycie artystką ponieważ malowałam już przez wiele lat wcześniej.

Moja lekarka w Afryce doszła w końcu do wniosku, że moje dolegliwości mogą być poważnym problemem zdrowotnym. Poleciła mi udać się do neurologa po powrocie do Szwecji. Lekarz ten zorientował się natychmiast, że cierpię na neurologiczną chorobę. Otrzymałam diagnozę, która nie odpowiadała mojemu stanowi. Nie otrzymałam żadnej skutecznej pomocy, oprócz leków uspokajających, których nie akceptowałam.  Właściwą diagnozę postawiono mi dopiero kilka lat później: Dystonia  – Zespół Meige’a.

Kiedy wróciłam do domu

byłam ciężko chora. Nie chciałam się z nikim widywać, ponieważ wyglądałam okropnie. Trzęsłam się, miałam niekontrolowane skurcze mięśni, szczególnie na twarzy. Musiałam kilka razy dziennie kłaść się spać, aby zachować równowagę. Kiedy tylko próbowałam komunikować się z kimś, lub zrobić coś co mnie zmęczyło, traciłam resztki równowagi i energii jakie mi pozostały. Odizolowałam się, aby poradzić sobie z tą sytuacją. Pomimo tych wszystkich trudności, wychodziłam do miasta sama kupować sobie jedzenie, uczęszczałam na kursy i śpiewałam w chórze..

Kiedy byłam sama, radziłam sobie z sytuacją. Najgorsze chwile przeżywałam będąc wśród ludzi. W samotności mogłam malować i uprawiać sztukę. Mogłam też przebywać w grupie, jeśli nie byłam w niej przewodniczącą. Na wsi mogłam jeździć rowerem, natomiast w mieście było to absolutnie niemożliwe.  Nie mogłam skoncentrować się wystarczająco na ruchu ulicznym oraz na otoczeniu. Dzięki jeździe na rowerze udało mi się odzyskać dużą część utraconego poczucia równowagi. Pomocna była też joga.

Kiedy wróciłam do mojej wioski zapisałam się na kurs sztuki wedyjskiej. Mój nauczyciel, Kurt Källman był bardzo mądrym człowiekiem. Zrozumiał moją sytuację i wspierał moje dążenie do bycia artystką. Postępowałam zgodnie z jego nauką przez wiele lat, aż do jego śmierci. Po pewnym czasie udało mi się osiągnąć status poważanej artystki, nie tylko osoby, która jest chora i wygląda dziwnie przez nieustanne skurcze mięśni ciała i twarzy.

Pierwsze lata były naprawdę ciężkie. Krótko po powrocie do domu, spędziłam cztery tygodnie w klinice antropozoficznej. Mogłam się zrelaksować  w przyjaznym i wspierającym otoczeniu. Wówczas rozpoczął się mój powolny powrót do zdrowia. Konsultowałam się później z kilkoma specjalistami w zakresie medycyny alternatywnej i nabrałam więcej sił.

Najważniejsza okazała się osteopatia

Miałam silne bóle w obszarze głowy, ze względu na to czym się zajmowałam. Po leczeniu przez pewien czas czułam się lepiej. Terapia nie rozwiązała problemu, ale nauczyła mnie radzić sobie z życiem. Zawsze byłam i jestem osobą, która żyje intensywnie i robi wiele rzeczy, często zbyt wiele dla mojego ciała. Zasięgałam również porad innych terapeutów leczących alternatywnymi metodami. Zażywałam witaminy i mikroelementy. Wszystkie witaminy z grupy B, B 12 i kwas foliowy, magnez, związki mineralne i pierwiastki śladowe. Stopniowo odzyskiwałam siłę.

Około roku 1980 nauczyłam się improwizowanego tańca polegającego na wykonywaniu ruchów  w świadomy sposób tzw. Essential Movement. To forma swobodnego ruchu.  Podstawą choreografii jest skoncentrowanie się na całym ciele i podążanie za naturalnymi ruchami.  Jest to rodzaj medytacji w ruchu. Uwielbiałam ten rodzaj ruchu, ale po latach przeżytych w chorobie byłam sfrustrowana ze względu na wszystkie ograniczenia. byłam już blisko porzucenia wszystkiego co kocham: malarstwa, śpiewu, tańca i nabywania nowych umiejętności.

Dzięki mojemu nauczycielowi sztuki wedyjskiej odważyłam się spróbować nowych rzeczy. Zdecydowałam się na podróż do Indii, do mojego duchowego nauczyciela, które nie widziałam od lat. Podczas tej podróży, grupa ze Szwecji otrzymała możliwość przeprowadzenia z nim rozmowy. Kiedy weszliśmy do sali spotkań, nauczyciel wskazał na mnie i kazał mi tańczyć. Miałam wątpliwości, czy jestem w stanie.  Powtórzył wtedy jeszcze raz, że muszę tańczyć. Poradził mi także, że musze kontynuować malowanie, śpiew i wszystkie inne rzeczy, które kocham i które pomagają mi się rozwijać.

Zrozumiał, że muszę powrócić do improwizowanego tańca. Od tego czasu zaczęłam tańczyć każdego dnia. Improwizowałam do każdego rodzaju muzyki. Udało mi się nawiązać kontakt z moim wnętrzem, z moimi wewnętrznymi ruchami. Ktoś kiedyś zobaczył mnie przez okno jak tańczę podczas mojego pobytu w  Indiach i powiedział mi, że było to piękne. To był moment, w którym postanowiłam pokazywać mój taniec innym ludziom.

Medytuję w ruchu.

Kiedy tańczę, w chodzę na inny poziom energii. Jestem szczęśliwa i pełna dobrych uczuć. Skurcze mięśni są słabsze kiedy tańczę. Dzięki tańcowi nabrałam sił, poprawiłam elastyczność i równowagę ciała. W ten sposób staram się zadbać o kondycję mojego ciała.

Wkrótce poznałam innego nauczyciela tańca. Ukończyłam kurs dla instruktorów techniki Essential Motion. Pogłębiłam w ten sposób swoje umiejętności taneczne. Poczułam, że jestem teraz bliżej swojej prawdziwej osobowości.  Nauczam również tego rodzaju tańca.

Po kilku latach udałam się do neurologa, który postawił w końcu właściwa diagnozę. Zaczęłam otrzymywać zastrzyki toksyny botulinowej w obszarach ciała najbardziej dotkniętych chorobą, takich jak oczy, szczęka i szyja. Zastrzyki bardzo mi pomogły. Odzyskałam jeszcze więcej mojej naturalnej energii. Nadal nie jestem całkiem zdrowa, ale w znacznie większym stopniu uczestniczę teraz w życiu. Mam 71 lat, a zachorowałam w wieku 47 lat. Mam inspirujące życie, pełne nowych wyzwań.

Od  1995 roku, regularnie wystawiam swoją sztukę. Przy okazji wystaw prezentuję także performanse i improwizowane etiudy taneczne. W ten sposób pokazuję moją sztukę z dwóch różnych perspektyw.

Posłuchałam rady mojego nauczyciela duchowego,

który kazał mi tańczyć. Ta droga doprowadziła mnie – i nadal prowadzi – do nowych, inspirujących miejsc w życiu. W 2015 roku przeprowadziłam się do Sztokholmu, gdzie mam znacznie więcej możliwości. Uczę się salsy, bachaty, tanga i innych rodzajów tańca. Robię to co lubię i czerpię radość z uczenia się nowych rzeczy.

Uważam, że każdy rodzaj ćwiczeń tanecznych jest w stanie uleczyć wiele dolegliwości ciała i umysłu. Zachęcam Was do obejrzenia wideo z moim tańcem na youtubie – wystarczy wpisać moje imię i nazwisko:  Monica Gorschelnik.

Stockholm 2017

Monica Gorschelnik

monica@onlinekonst.se


Facebook

Strona internetowa

Emilia

Historia Emilii

Wszystko zaczęło się gdy miałam 17 lat. Obecnie mam 35. Więc 18 lat temu. Na początku było bardzo ciężko, nie mogłam spać z powodu ruchów, skręcało mi głowę i bark. Do szkoły też miałam problem chodzić, więc często ją opuszczałam. W chwili gdy inni moi koledzy bawili się, chodzili na imprezy. Wiedli zwykłe życie nastolatka, mnie prześladowała dystonia. Jeździłam od szpitala do szpitala. Bezsilna, nie rozumiałam co mi jest, co chwile byłam faszerowana, coraz to nowymi lekami, które w konsekwencji za dużo nie dawały. Moja mama podjęła kroki, żeby zorganizować mi indywidulany tryb nauczania.

Chyba nie zwariowałam tylko dlatego, że zawsze miałam silną osobowość i starałam się walczyć z tym. Spotykałam się ze znajomymi, wychodziłam do ludzi, a oni przychodzili do mnie. Kiedyś ojciec mojej przyjaciółki stwierdził, czemu spotyka to dobrych ludzi, a chodzą takie mendy i nic im nie jest. Nawet moje nauczycieli dziwiły się, że jestem taką radosną osobą.

Mimo cierpienia starałam się żyć normalnie.

W pewnym momencie, zaczęło mi się polepszać, nie wiem czy nie spowodowała tego akupunktura, może trafione leki, a może porostu ta radość która siedziała we mnie. Obroniłam się, zdałam maturę i nawet byłam na studniówce, gdzie super się bawiłam. Zdawałam na studia pedagogikę ale nie dostałam się, chciałam spróbować za rok. W międzyczasie znowu mi się pogorszyło, trafiłam do szpitala, gdzie podali mi jednorazowo botox, nie dużą dawkę, bo tylko pól fiolki. Brałam cały czas leki neurotop.

Zaczęło mi się polepszać, nawet zaczęłam robić to co inni moi znajomi. Chodzić na imprezy i korzystać z życia. Chociaż nawet taka pokręcona chodziłam, bo podczas tańca to ustępowało, wtedy nie zdawałam sobie sprawy, że to jest moje lekarstwo, które mnie bardzo rozluźnia.

Rodzice zaproponowali mi studia wieczorowe na politechnice, bo chyba ich trochę przerażało, że mogę wyjechać do Torunia i na pewno by ich to więcej wyniosło. Zaczęłam więc studia na politechnice, czego się bardzo bałam, bo byłam raczej kiepska z przedmiotów ścisłych. Po  jednym semestrze, sama siebie zaskoczyłam, bo okazało się, że nawet nie jestem taka najgorsza z przedmiotów ścisłych.

Przez całe studia inżynierskie, miałam spokój, nawet miałam w międzyczasie sześciomiesięczny kurs. Rano kurs, wieczorem studia. Potem sześciomiesięczny staż. Byłam też w paru nie udanych związkach, gdzie większość mężczyzn, zrywała ze mną jak dowiedzieli się, że mam neurologiczne schorzenie. Więc stwierdziłam, że raczej będę miała przyjaciół w mężczyznach niż z jakimś się zwiąże i będę sama do końca życia. Ostatni rok na studiach, zostawiłam na intensywną naukę i obronę. Jednak z obroną nie udało mi się, bo znowu zaczęło mi się pogarszać.

W tym ciężkim dla mnie czasie pojawił się mój obecny mąż,

gdzie na początku myślałam, że jesteśmy tylko przyjaciółmi. Zaczęłam zastanawiać się, że chyba tak nie jest, jak na pewnym naszym spacerze, na pożegnanie mnie pocałował. Znowu też trafiłam do szpitala, gdzie zaczęli podawać mi botoks, ale nie było jakiejś super poprawy. Mama postarała się, żebym poszła na komisję, dostałam rentę na rok i stopień umiarkowany też na rok. Gdzie po roku, nie będąc w dobrym stanie, ta sama komisja stwierdziła, że jestem gotowa do pracy. Mogłam się odwoływać. Stwierdziłam jednak, że mam ich głęboko gdzieś, niech wypchają się z tą swoją rentą, wracam do tego, czego nie skończyłam, czyli obroniłam się.

Poszłam do pracy, w niezbyt dobrym stanie. Było ciężko siedzieć 8 godzin, jak cię wykręcało, a czasami nawet więcej bo 12 godzin w pracy, ale jakoś dałam radę. W międzyczasie zaczęłam uczyć się norweskiego chodzić na studia magisterskie zaocznie. Dużo obowiązków, ale czułam się coraz lepie, nadmiar obowiązków, był dla mnie motorem, bo lepiej się czułam. Co prawda z norweskiego zrezygnowałam, bo zaczęłam łapać co chwile przeziębienia. Zostały tylko studia i praca. Zaliczyłam jeden semestr, zaczęłam drugi.

Nagle w drugim semestrze studiów niespodzianka,

coś pojawiło się w moim brzuszku, akurat miałam mieć kolejną dawkę botoksu. Nie wzięłam jej, bo stwierdziłam, że nie wiem jak zadziała na moje maleństwo, sam lekarz tego nie wiedział. Nie brałam wtedy ani botoksu, a nie leków, był to dla mnie koszmar. Do 6 miesiąca ciąży jeszcze pracowałam i ciągnęłam studia. Nie zdołałam jedynie się obronić. Myślę, jednak, że sama ciąża jest dość męcząca dla organizmu. Zaczęłam rodzić siłami natury, co było bardzo ciężkie, ale skończyło się cesarką, bo moje kochane maleństwo miało problem z oddychaniem. Po urodzeniu go, też nie brałam botoksu, bo bałam się, że przenika to do mleka matki. Nie wiem co się stało potem, czy uleczyła mnie miłość do tego maleństwa, czy coś innego, ale od tego czasu zaczęło mi się poprawiać, nie biorę żadnych leków i botoksu, tylko te, które mam na tarczyce.

Są dni, że mam skurcze i boli mnie kręgosłup, ale walczę. Moja siostra kiedyś mi powiedziała, że mnie podziwia, że ona by nie dała rady. Może nie koniecznie, dopóki coś nie złamie naszego życia, nie zaczynamy walczyć o lepsze jutro.

Znalazłam też hobby,

które sprawia, że czuje się wspaniale czyli pole dance, oprócz tego zaczęłam naukę pływania, chodzę na taniec jedno i drugie bardzo rozluźnia.

Całe życie przede mną na pewno coś jeszcze sobie wymyślę, żeby nie było nudno. Staram się co rano rozciągać, jeść w miarę zdrowo i cieszyć się z małych rzeczy. Nie poddam się, robię to, nie tylko dla siebie, mam dla kogo żyć. Nawet jak czasem boli, to i tak przestaje o tym myśleć i zapominam, bo on jest całym moim życiem dla niego żyje. Optymizm i otwartość w stosunku do ludzi pomaga, może ta chorobą mnie bardziej tego nauczyła i pokory. Chociaż bywają dni, że jestem wredna dla swojej drugiej połówki, to go także bardzo kocham. Może jestem czasami niemiła, bo on mnie nie rozumie i nie wie co czuje. Nie uważam, też że jestem kimś wyjątkowym, każdy ma przede wszystkim siebie, jeśli nie zacznie o siebie walczyć, popadnie w obłęd. Trzeba zacząć najpierw zacząć kochać siebie, dopiero potem damy szczęście innym :):):)

P.S. Dużo buziaków i uścisków. Głowa do góry, to co powstaje w twojej głowie jest bardzo ważne, więc myśl pozytywnie i żyj bieżącą chwilą. To co było pozostaw za sobą, a to co będzie jest mało ważne. Najważniejsze jest to co dzieje się tu i teraz. A jak jest to coś złego, to walcz z tym. Nie pozwalaj też innym oceniać Ciebie i twojego życia, bo nikt nie ma do tego prawa.